Tatry 2007

TATRY – Sierpień 2007
Słońce, nagrzana skała, morza chmur, deszcz, burza; zapachy ziół, kwiatów i kosodrzewiny, spadające gwiazdy, lis uciekający z zapasami żarcia – to tylko niektóre atrakcje udanego wyjazdu.

Ten sezon wspinaczkowy należy do naprawdę udanych. Solidnie przepracowana zima walka z różnymi kontuzjami zakończona zwycięsko. No i dużo wspinania. Brakowało tak naprawdę tylko wyjazdu w góry, noclegów w oddali od cywilizacji, zgiełku i pozorów “wielkiego świata”.

Postanowienia podjęte w Roviste podczas majowego wyjazdu przez team: Mario, Juli & Qba (vel dresiarz z NRDówka) stały się faktem. Droga w Tatry minęła szybko, a dojazd na Słowację skrótem przez Jurgów, pozwolił ominąć zatłoczone zwykle przejście graniczne w Łysej Polanie. Po południowej stronie Tatr ujrzeliśmy przerażający obraz zniszczeń dokonanych przez wiatr – ogołocone z drzew regle od Tatrzańskiej Łomnicy aż po Wyżne Hagi.

Samochód zostawiamy w Szczyrbskim Plese (160 SK/doba). Mijamy Popradzkie Pleso i ciężko dysząc osiągamy po 3,5 godz. Żabie Stawy Mięguszowieckie Wielki i Mały. Nad Małym Stawem jest prawdziwe skupisko koleb. Rozkładamy się przy jednej z nich. Pierwsze dwie noce częścią grupy śpimy na łączce obok koleby. Widoki znad stawu są ciekawe, przede wszystkim widać grań Baszt z potężnym Szatanem, ładny jest widok w kierunku Kopy Popradzkiej, Ciężkiego Szczytu, Wołowej Turni. Rysy nie imponują, biorąc  pod uwagę panujący tam tłok. Nocą można obserwować wszechświat, leżąc pod gwiazdami.

Pierwszej nocy odwiedza nas lis w celach – jak się okazuje – bardzo przyziemnych: najpierw wynosi śmieci, potem atakuje buty Julego, a na końcu porywa mój worek od śpiwora z jedzeniem. Krótka pogoń i odzyskuję żarcie. Następnego dnia pogoda dopisuje, więc pędzimy pod Wołową Turnię.

Południowa ściana Wołowej Turni dzieli się wyraźnie na dwie części, przecięte kominem Stanisławskiego: lewa część płytowa z przewieszkami – trudniejsza, którą rozwiązuje m.in. Eštok – Janiga oraz prawa /Stanisławski, Štâflowa/. Wbijamy się w drogę Stanisławskiego. Wspinamy się początkowo rysą III (łatwo), potem przechodzącą w komin pozamykany kilkoma progami (max V-), asekuracja jest doskonała (friendy). Trzeci wyciąg to piątkowy trawers w kierunku olbrzymiej płyty widocznej nawet z dużej odległości. Płyta jest świetnie urzeźbiona i niezbyt stroma (tylko jedno spiętrzenie) stąd trudności drogi nie przekraczają V. Ostatnim wyciągiem – łatwe III dochodzimy do grani szczytowej i nią na szczyt Wołowej Turni. Po dłuższej kontemplacji widoków schodzimy uważnie (II) w kierunku zjazdów do komina Puškaša. Stanowi on przedłużenie komina Stanisławskiego. Pewnym problemem jest znalezienie łańcuszka zjazdowego, który początkowo nie jest widoczny. Dopiero zjeżdżając z bloku ponad przełączką, gdzie zaczyna się komin, zauważyłem właściwy punkt zjazdowy, który tkwi tam nieco poniżej przełączki.

Zjeżdżając Puškašem i mając do dyspozycji linę 120 metrową, możemy dwoma zjazdami osiągnąć rampę, gdzie startują drogi i gdzie zostawiamy buty i plecaki. Poniżej owej rampy mamy połogie płyty z trawami, stanowiące dwójkowe dojście na rampę. Praktyczniej jest wtrawersować na rampę od prawej strony ze ścieżki wiodącej na Żabią Mięguszowiecką przełęcz. Dojście znad Małego Stawu zajmuje około 45 minut nieoznakowaną ścieżką.

Tego dnia już się nie wspinamy, zadowoleni wracamy do obozu robiąc przystanek przy Wyżnim Żabim Stawie. Jest to najwyżej położony stawek i jednocześnie najmniejszy spośród Żabich Stawów. Wieczór jest piękny, ale podejrzana czerwień zachodu zapowiada dupówę.

Od rana snują się mgły. Podchodzimy pod ścianę – zaczyna mżyć. Czekamy nudząc się i marznąc. Wreszcie wracamy. Wkrótce zaczyna padać. Przenosimy się do koleb. W nocy mamy deszcz i burzę. Nasza koleba spisuje się dobrze, gorzej jest u Maćka i Qby – podobno walczyli do czwartej rano z siłami natury. Kolejny ranek zapowiada poprawę pogody. Czekamy trochę, wreszcie chłopacy idą do schronu i na Rysy, a ja z Julim pod Wołową Turnię. Na lewo Stanisławskiego startuje wspólnie Hviezdova cesta i Eštok-Janiga. Ta druga stanowi nasz dzisiejszy cel. Widoki mamy niezwykłe – przewalają się mgły, ukazując co jakiś czas wybrane fragmenty Tatr. Pierwszy, trójkowy wyciąg podprowadza pod płytką rysę “na palce”. Stanowi ona pierwszą przeszkodę (VI). Prowadzi Juli. Trzeba przyznać, że rysa nie jest łatwa. Asekuracja częściowo z trzech haków + kości i friendy. Wyjście przy pomocy “przekręconych” chwytów z nogami na tarcie – uff … Druga część wyciągu jest łatwa (IV+), Juli trochę się pogubił przy wyjściu, ale wkrótce czuję szarpnięcie liny. Trzeci wyciąg to odcinek kluczowy drogi. Najpierw następuje ładne przewinięcie przez okapy (VI), głównie na podchwytach.  Asekuracja – stare haki + friendy. Pod kluczowymi trudnościami – wyjściem na płytę przez okap – tkwi spit z przetartą linką, trzeba więc szybko przepiąć się przez spita. Po krótkim reście pokonuję kluczowe miejsce (VI+lub VII-). Płytowym wyjściem, stanowiącym najtrudniejsze miejsce na drodze, śpieszno mi do zacięcia z lewej (hak). Jeszcze parę metrów łatwiejszego wspinu i stanowisko. Ostatni wyciąg to ładna trójka. Trzeba przyznać, że droga ma urodę i klasę. Na pewno warta jest polecenia i powtórzenia. Tego dnia mocno oddycham Tatrami…

6.00 – wczesna pobudka i na pożegnanie Staflowa. Ładna droga (V-) o relaksacyjnym charakterze przecina prawą część południowej ściany. Prawie cały drugi wyciąg wiedzie zupełnie łatwym terenem (0+). Po prostu piękne pożegnanie z Tatrami .

Na koniec dodam, że skała na ścianie jest lita z wyjątkiem dolnej części komina, gdzie półki zawalone są szutrem.

TEAM W SKŁADZIE:

- Prezes & Qba (vel dresiarz z NRDówka)
- Juli & Mario
- lis (podobno widziano go w kasku Meteor) & świstaki.

Mario 2007
“Life is sweet…”

PS. Szczególne podziękowania dla mojego partnera w skale – Julego.

Mario