Galeria Gankowa

Galeria Gankowa? Czemu nie, choć to z pewnością jedna z trudniejszych ścian w Tatrach… Na pomysł przejścia Galerii wpadliśmy z Maciejem prawie rok temu. Tylko, czy wówczas mogliśmy spodziewać się w jakich okolicznościach będziemy się wspinać? Pośpiech, wyrwany blok, przecięta lina, trudne decyzje, noc na stokach Kaczej Turni, przygnębiające myśli o… zostawionym w kolebie 500 metrów niżej piwie.

Mario

To wszystko było później… Już o piątej rano słonecznego poranka czekałem w samochodzie na Maćka, podniecony wyjazdem. Obraz Galerii skąpanej w słońcu, zajmujący całą moją wyobraźnie, trochę wyblakł kiedy o 5.25 Prezes nadal się nie pojawiał, a jego telefon milczał. Jakimś cudem pojawił się jednak o 5.35, nieco zaspany, susząc włosy. Niezły początek! – pomyślałem.

Po dość szybkiej podróży bez niespodzianek przepakowaliśmy się raz dwa do plecaków i busikiem ruszyliśmy z Głodówki do granicy. Ok, plecaki da się nieść, ale jakieś 10 kilogramów mniej byłoby mile widziane. Od początku w plecy wbija mi się jakaś kość (czyżby to nowo nabyty friend?), co z czasem psuje i tak wątpliwe uroki dźwigania worka. Wędrówka dnem doliny jest jednak niezwykła: zieleń tryska wilgocią, wszystko jest przesiąknięte tym jedynym zapachem gór, widoki są upojne. Słońce nastraja niezwykle optymistycznie do marszu, toteż szybko, nie robiąc przystanków, pokonujemy kolejne kilometry Doliny Białej Wody. Zatrzymujemy się dopiero na Polanie Pod Wysoką. Pomimo nazwy polany – nad nami Młynarz ze swoją kapitalną wschodnią ścianą.

Po małym posiłku i błądzeniu w celu znalezienia dalszej, teraz już nie oznakowanej ścieżki do Doliny Ciężkiej pniemy się raźnie (?!?) w górę, nabierając wysokości. Do Zmarzłego Stawu docieramy późnym popołudniem. Wreszcie jest, skąpana w świetle zachodzącego słońca: Galeria, nasz cel! Po dojściu do koleby, na pięterku doliny, jesteśmy skonani. Nie bardzo wyobrażam sobie jutrzejszą wspinaczkę. Jednak prognoza pogody zmusza nas do podjęcia decyzji o wspinaniu się następnego dnia. To będzie ostatni moment przed załamaniem pogody.

Tymczasem posilamy się i przygotowujemy kolebę do spania. Właściwie to jest tu luksus: sporo miejsca, a przede wszystkim świetny punkt widokowy na całą dolinę – Galeria widoczna jest jak na dłoni. Robi się coraz ciemniej. Dolina jest odludna, jedynym akcentem cywilizacji są położone gdzieś wysoko, z prawej strony, Rysy. Rozświetlający okolice księżyc pozwala kontemplować nocne widoki gór. Jak spać w taką noc? Budzę się rześki, kiedy słońce już oświetla wejście do koleby.

Podejście pod ścianę wiedzie lewą stroną doliny, dość stromym progiem skalnym. Jesteśmy na miejscu – wreszcie radość wspinania! Pierwszy wyciąg prowadzi Maciek, zacięcie, potem trawers w lewo. Miało być IV+, a tu na trawersie VI? No dobrze, teraz moja kolej. Coś zakładam, potem hak, dalej trickam za odstający blok – miód! Dosięgam bloku, przypak i… To tak wygląda koniec??? Myśli: huk, “dałem ciała”, dlaczego mnie obraca? będzie gleba… Z tych rozmyślań wytraca mnie głos Maćka (skąd on się tu wziął – zastanawiam się?): “spoko, spoko”, potem “słodko mi, słodko…”. Ale jaja, wiszę głową w dół, lina w koło nogi, spodnie pęknięte, palce poharatane… Nie, tego to już za dużo. Zbieram się. Cholera, poczęstowałem Maćka blokiem, schylił się dzielny, ale plecy ma sine i pocięte (k…wa). Biedna Madzia!

No dobrze, idę dalej. Po jakiś trzydziestu metrach Maciek wrzeszczy: koniec! Nie bardzo rozumiem. Po pewnym czasie dochodzi ze zwiniętą liną. “Obie żyły są pocięte” – słyszę. Myślę: no tak, to już koniec naszej wyprawy, a miało być tak pięknie. Patrzę pytająco, ale poczciwa twarz Maćka nie zdradza żadnych uczuć. Ok, idziemy. Prowadzę dalej trzeci wyciąg z piątkowym kominkiem (hurra są haki, nizeły syf…). Czwarty wyciąg prowadzi Maciek, ukośna rysa wyprowadza w prawo do przewieszonego zacięcia VI -, lita skała. Idąc na drugiego, teraz obciążony plecakiem z dowieszonymi resztkami lin, mam się wstawić pod przewieszkę. Nie, to już prawdziwe jaja! Dzielimy szpej, którego nadmiar mamy liczony w kilogramach. Wreszcie można się jakoś poruszać. Przed następnym wyciągiem Maciek twierdzi, że mu się palce nie odginają. Pewnie bym nie wiedział, o co chodzi, ale mnie przestały się prostować,  już wyciąg wcześniej. Ciekawe co to? – zastanawiamy się. Następny wyciąg mój. Wyimaginowana turniczka.  Maciek twierdzi, że jest na pewno z lewej, bo jest punkt ze starej kości. Idę, miało być IV, jest coraz trudniej. Pod koniec jakieś porąbane układy, wpinam jedną żyłę w moją kość, drugą w napotkaną mikro kość, jeszcze z dwa metry… i… odjazd w dół! Po poprzednim locie jest nawet przyjemnie. Cofam się, to nie ta droga. Pewnie ktoś się zgubił.  Bez problemu znajduję drogę z prawej. Następny wyciąg też mój, piękne, lite zacięcie V+, początek asekuracji to pordzewiałe parchy, potem już znacznie lepiej, jest gdzie osadzać. Wreszcie można się cieszyć wspinaniem. Wyjście z nyży w lewo, prowadzi Maciek, VI -, piękne wspinanie i zacna asekuracja z… drewnianych kołków z lat 60-tych. Następny wyciąg wiedzie do drugiej wyimaginowanej turniczki w lewo, dwoma parchatymi kominkami V+, z pordzewiałymi hakami (wbijał je Orłowski?). Trudne jest prowadzenie liny, droga kluczy, lina zaciera się, ciągnę więc te dodatkowe kilogramy. Następny wyciąg mój, początek V, potem ścianka V+. Jest późne popołudnie, jestem już blisko skraju Galerii. Jeszcze raz gubię drogę, muszę zjeżdżać, likwidować frienda zostawionego z żyłą z prawej strony drogi. Ostatni wyciąg prowadzi Maciek V+, później III i kiedy dochodzę na Galerię, jest już szaro.

Drogę pokonaliśmy w dużej obawie przed deszczem – chmurzyło się mocno, po południu mżyło,czy też woda leciała zacięciami. Sceneria była niesamowita: pod nogami lufa, piargi; niżej Zmarzły Staw (częściowo zamarznięty, zaśnieżony), widoki na rozległe, pionowe urwiska Galerii. Droga? Warta grzechu. Gratulujemy sobie. Maćku, byłeś wspaniałym partnerem, sorry za te siniaki i pocięty polar!

Zmęczenie. Moja lewa noga już zesztywniała od upadku i zahaczenia o linę. Wypijamy ostatni “napój” z termosu: ciepła woda + śliwowica + cukier. W porannym pośpiechu zapomnieliśmy dodać  herbaty… Ale na Galerii smakuje to niezwykle. Piję do ostatniej kropli, biorę dwie aspiryny na ból  nogi i czuje się gotów do schodzenia. Wysyłamy jeszcze sms-y, dzwonimy, jest ok. Victoria!

Zupełna ciemność. Próby zejścia powiodły się tylko do stoków Kaczej Turni (po stronie Doliny Kaczej). Droga jest zawiła, prowadzi licznymi progami. Właściwie zejście nie ma sensu, na trawiastej półeczce szykujemy się zatem do spania. Ale czy można w ogóle spać w takim miejscu? Przede mną zarys kopuły Ganku, znów księżyc, tym razem jest zimno, a my nie mamy ciepłych ubrań. Zasnąłem? Chyba tak, bo nagle robi się jasno. Szybko schodzimy nad staw, coraz bardziej dokucza myśl o czekających w skalnej kolebie przyjemnościach, język przysycha.

W kolebie czujemy się jak w hotelu – piwo, drzemka, przystawki (te do jedzenia)… Budzimy się. Przez głowę przebiega myśl, że wczoraj można było zrobić sobie odpoczynek, pogoda wciąż się trzyma. Patrzę na Galerię okiem zdobywcy, sącząc piwo – no… tak właśnie miało być. Momentalnie w powietrzu czuć wilgoć, zaraz  będzie padać. Zwijamy się w pośpiechu w pierwszych kroplach deszczu, po chwili już pada, potem leje.

Zejście do wiaty na Polanie Pod Wysoką stromymi progami, odbywa się w strugach deszczu. Jesteśmy przemoczeni. Mały przystanek na herbatę i ruszamy w stronę Łysej Polany, droga dłuży się niemiłosiernie, plecaki katują ramiona. Na granicy jesteśmy dopiero wieczorem. Noc spędzamy w Źdiarze, wreszcie ciepła woda i łóżko.

Powrót do Kalisza. Deszcz towarzyszy nam w drodze do domu, w okolicach Częstochowy  zamienia się w oberwanie chmury i gwałtowna burzę. Uff… Pocieszamy się, że na Galerii teraz musi być wesoło. Ale my mamy ją już w kieszeni.

Mario